piątek, 26 kwietnia 2013

03. Czy jest coś gor­sze­go niżeli śmierć? Życie, jeśli prag­niesz umrzeć.

Cholerny idiota. Dlaczego on mnie z domu wyciągał? Równie dobrze mogłabym zostać w domu. Umówił się z tą lafiryndą. Chciał mi pokazać, że to nie ja jestem tą szczęściarą, której wpycha język w usta? Kretyn.
Jednak... co ja teraz będę robić? Zerknęłam na zegarek: piąta trzydzieści. W sumie zadzwonię do swojej przyjaciółki - Belli Clavic. Przepiękna piętnastolatka o niebieskich oczach jak porcelana. Posiadała długie złociste blond włosy. Miała typowy brytyjski akcent, przez co czasami miałam problemy z dogadywaniem się ze sobą.
Po dłuższym czasie, usłyszałam pukanie do drzwi. Kto to może być o tej porze? Siódma piętnaście. Rozłączyłam się i otworzyłam drzwi. U progu stał Fred.
- Czego chcesz? - zapytałam lodowatym tonem. Z tego co zauważyłam, na zewnątrz padał deszcz. Doskonała chwila, by zmarzł.
- Mogę wejść? - zignorował moje pytanie. Co za idiota.
- Nie - powiedziałam ze zdziwieniem, że w ogóle ma czelność o to pytać.
- Jest ktoś?
- Nie - powtórzyłam swoją odpowiedź.
- W takim razie wejdę - jak powiedział, tak zrobił. Na mojej  twarzy pojawiło się zirytowanie. Czemu on traktuje mnie jak małe dziecko? Usiadł na kanapie i założył nogi na stół. Czuł się jak w domu, a ja byłam gościem. Po chwili spojrzał się na mnie, jakby dopiero teraz zauważył, że tu jestem.
- Czemu poszłaś? - zapytał. Uniosłam do góry brew ze zdziwienia.
- Bo miałam patrzeć jak zajmujesz się Nicole? - jej imię zaakcentowałam powoli i dobitnie.
- Chyba nie jesteś zazdrosna? - zachichotał.
Wybuchłam donośnym śmiechem. Nawet nie śmiałam pomyśleć, że jestem o niego zazdrosna. Dobry żart.
- Nie pochlebiaj sobie - zmierzyłam go wzorkiem. Chłopak wzruszył ramionami. Wskazał na miejsce obok, na kanapie. Przewróciłam oczami i usiadłam.
Pachniał jakimiś drogimi perfumami. Wcześniej tego nie zauważałam. Boże, co się ze mną dzieje? Fred ciągle zmieniał kanały telewizyjne. Zaczęłam robić się śpiąca. Zerknęłam na zegarek: dziewiąta dwadzieścia.
- Nie powinieneś już iść? - zapytałam z nutką nadziei, że zostanę sama w domu.
- Nie, mam jeszcze dużo czasu - westchnął powoli. Chyba nie wyczuł tego, że go grzecznie wypraszam.
Po krótkiej chwili zasnęłam. Śniło mi się, że znalazłam się na cmentarzu, gdzie byłam pochowana w urnie, a wyryte na niej epitafium brzmiało Memento Mori - Pamiętaj, że umrzesz. A uradowany żniwiarz, zabrał kolejną ofiarę.
Obudziłam się z krzykiem, a do oczu napłynęły mi łzy. Nie mogłam tego kontrolować. Nigdy nie chciałam okazywać oznak słabości. Nie tak nisko upadłam. Obok mnie siedział Fred. Cała się trzęsłam i byłam oblana potem. Jednak pot wynikał ze strachu, a nie przemęczenia.
- Co się stało? - zapytał się mnie chłopak. Wydawał się zbity z tropu.
- Nie ważne. Koszmar senny. Która godzina?
- Jedenasta. Miałem już iść.
Nie chcę zostać sama, za bardzo się boje. Nienawidzę śnić. To jest chora podświadomość. Pragnienia lub strach. Bardziej mi to przypomina klęskę lub nadchodzącą apokalipsę.
- Możesz dzisiaj zostać u mnie na noc? - powiedziałam błagalnym głosem. Nie mogę w to uwierzyć, że go o to poprosiłam. Chyba się on również tego nie spodziewał, że kiedykolwiek go zaproszę. Jednak, była to sytuacja wyjątkowa.
- Okej - powiedział.
Poszłam do łazienki, byłam blada jak ściana.
-----------
W sumie to tyle, mam nadzieje, że się podoba:)